Karolina Głogowska: Jesteśmy w środku bardzo gorącej dyskusji o nowych rozporządzeniach dotyczących porodówek. Sporo oddziałów się zamyka, Ministerstwo Zdrowia proponuje w zamian tzw. pokoje narodzin przy szpitalach, w których zamknięto porodówki. Oba rozwiązania budzą zastrzeżenia.
Dr n. med. Michał Bulsa: Na tę sprawę trzeba spojrzeć szerzej. Mamy coraz mniej porodów, to nie ulega wątpliwości. Sytuacja demograficzna w Polsce, mówiąc najbardziej delikatnie, jest beznadziejna.
Wiedzieliśmy, że do tego dojdzie od lat dziewięćdziesiątych, ale jak zwykle musieliśmy poczekać, aż zrobi się naprawdę tragicznie. W tej chwili współczynnik urodzeń wynosi około półtora urodzenia na parę. Naturalnym jest więc, że liczba miejsc przeznaczonych do rodzenia musi zmaleć, bo nie da się utrzymać tak wysoko specjalistycznego miejsca jak oddział porodowy. Pamiętajmy, że to nie jest tylko sama porodówka, ale obok musi istnieć w gotowości non-stop blok operacyjny, powinien być też oddział neonatologiczny lub awaryjnie pediatryczny, który zajmie się dzieckiem po urodzeniu. To wszystko jest drogie. Bardzo drogie.
W tym kontekście zamykanie porodówek, których utrzymanie się nie opłaca, nie powinno zaskakiwać. Z drugiej strony trudno się dziwić, że takie rozwiązania, jak rodzenie w pokojach narodzin przy SOR-ach, budzi niepokój...
Najpierw musimy sobie odpowiedzieć na jedno zasadnicze pytanie, które w tej dyskusji jeszcze nie padło. Czy my naprawdę posiadaliśmy bezpieczne miejsca do rodzenia pod szyldem „porodówka”? Załóżmy, że mamy oddział, gdzie tych porodów jest poniżej czterystu, czyli jeden poród na dzień, w tym jakiś odsetek planowanych, prawdopodobnie cesarskich cięć. To powoduje, że personel, mówiąc szczerze, się uwstecznia. My w Polsce tworzyliśmy ułudę, że taka porodówka jest bezpieczna, a dla specjalisty, anestezjologa i położnych pracujących na takich oddziałach porody to codzienność. Nie do końca, bo cały personel tracił styczność z pacjentem specyficznym, jakim jest ciężarna. Myślę, że wszyscy od jakiegoś czasu mocno się okłamywaliśmy w tej kwestii.

Czy pokoje narodzin to nie jest jeszcze większa ułuda?
Sama idea stworzenia miejsca, gdzie można rodzić, jeśli w pobliżu nie ma porodówki, nie jest zła. To jest jakieś wyjście. Niestety w praktyce może pojawić się wiele niebezpieczeństw – i dla pacjentki, i dla personelu. W rozporządzeniu zakładamy, że będzie dobrze, to znaczy do szpitala przyjdzie młoda, zdrowa rodząca z fizjologiczną ciążą. A takich kobiet jest coraz mniej, bo coraz później zachodzą w ciążę i wzrasta odsetek ciąż obciążonych. Zakładamy też, że położna, która na co dzień pracuje w poradni i nie ma do czynienia z porodami, z uśmiechem na ustach zbada ciężarną, dziecko, dokona pełnej analizy i zdecyduje, czy nadają się do transportu, czy też ten poród bez problemu odbierze. Nie jestem zwolennikiem takiego życzeniowego myślenia.
Zwolennicy nowego rozwiązania twierdzą jednak, że ciąże powikłane to niewielki odsetek. To jakby przyznawali wprost, że decydują się położyć na szali życie i zdrowie tego „niewielkiego odsetka”. No trudno, czasem się nie udaje...
Gdyby ktoś dziś mi powiedział, że mam pracować w poradni ginekologiczno-położniczej i ustawić taki pokój narodzin, to rzuciłbym wypowiedzenie. I nie chodzi o to, że jakoś bym sobie nie poradził. Po prostu nie damy rady zabezpieczyć wszystkich ewentualności w takim miejscu. To po pierwsze. Po drugie to jest bardzo niebezpieczne prawnie. Jeśli ktoś podejmuje się zabezpieczenia takiego miejsca, to bierze na siebie całą odpowiedzialność. Sądu nie będzie interesowało, że nie było szans wykonania pilnego cięcia cesarskiego. Przecież na bloku porodowym, zawsze jedna sala operacyjna musi być dostępna, a tu? Gdzie mamy zrobić awaryjne cięcie w 20 minut? Skąd wziąć anestezjologa? A nawet jeśli uda się szybko zorganizować salę, to mamy pana doktora, który na co dzień pracuje w poradni i ostatni raz robił cesarskie cięcie 10 lat temu. Przepraszam, ale to naprawdę nie jest najlepszy pomysł. Sam nie pracuję na porodówce już kilka lat i choć teoretycznie wiem, co robić, to nie jest sytuacja, w której przyjmowałem 10 porodów dziennie. Cały czas apeluję więc tylko o to, żebyśmy się spotkali w prawdzie, a nie udawali, że jest bezpiecznie.
Jakie rozwiązanie byłoby w takim razie lepsze? Bo porodówki dalej będą się zamykać.
Dużo lepszym i bardziej efektywnym finansowo, choć logistycznie trudniejszym zadaniem byłoby po prostu zwiększanie liczby zespołów ratownictwa medycznego i komunikacji między poszczególnymi miejscami kraju. Rodzącą można by przetransportować do ośrodka, który jest referencyjny, ponieważ tam uzyska ona dużo większą pomoc.
Z drugiej strony nie jestem też zwolennikiem demonizowania, że Polki będą rodziły na SOR-ach. Sądzę, że do takich przypadków, gdy ciężarna przyjdzie do pokoju narodzin w szpitalu czy poradni, będzie w rzeczywistości niewiele. Nawet jeśli trafi się dziesięć w ciągu roku, to przebije moje wyobrażenia. Polki to są naprawdę mądre kobiety i jeśli coś się dzieje, to szybko organizują nawet własny transport i jadą do szpitala, który wybrały wcześniej.
To chyba już cecha narodowa Polek, że radzą sobie w trudnych sytuacjach, tylko szkoda, że w ogóle muszą się tym wykazywać. Co w takim razie ma zrobić kobieta w ciąży, która wie, że najbliższa porodówka jest daleko od jej miejsca zamieszkania?
Jeśli to jest ciąża powikłana lub dziecko ma jakąś specyficzną wadę, to należy sprawdzić, gdzie pod tym kątem jest najlepszy oddział w okolicy. Są ośrodki referencyjne, dedykowane dla pewnych wad. Polki i tak już to robią. Pozostaje oszacowanie, ile tak naprawdę jest kobiet w rejonach, w których zniknęły porodówki i czy to zagraża społeczeństwu? Czy tam znajduje się jakaś populacja potencjalnie mogąca rodzić? Jako państwo mamy możliwości, żeby to sprawdzić.
Sam zresztą pracowałem w szpitalu, w którym liczba porodów wynosiła 200-300 rocznie i w końcu oddział porodowy został zamknięty. Mimo to nie słyszałem, aby w tym rejonie dochodziło do niebezpiecznych sytuacji z udziałem pacjentek.
Czy sądzi Pan, że w związku z tym Polki będą częściej rozważały porody domowe? Teoretycznie one mogą się odbywać tylko przy udziale położnej czy nawet samej douli.
Według WHO zdrowa, fizjologiczna ciąża bez obciążeń, ma prawo zakończyć się w warunkach domowych. Nie znam jednak ginekologa ani położnej, którzy zaświadczą, że „tu na pewno nic się nie zepsuje”. Bo my nie jesteśmy wróżbitami, nie mamy szklanych kul, nie stawiamy tarota przed porodem. Nawet kiedy przychodzi do mnie kobieta w fizjologicznej ciąży, to ja nie zagwarantuję, że coś się nie wydarzy podczas porodu. Szanuję i rozumiem ruch, który mówi, by rodzić w domu. Natomiast ludzie, którzy się na to decydują, po prostu akceptują ryzyko, że w jakimś procencie może dojść do komplikacji, jak zatrzymanie łożyska, krwotok poporodowy i to, że trzeba będzie jechać na sygnale do szpitala, bo dziecko się nie dotleni. Jeśli ktoś jest na tyle odważny, to okej. Tylko proszę wówczas o brak pretensji do całego społeczeństwa i personelu medycznego, że coś się nie udało.
W swojej historii miałem niejeden poród domowy, który ostatecznie skończył się na izbie przyjęć, bo wszystko szło dobrze, aż się zepsuło. Zresztą wydaje mi się, że bardziej palącym problemem niż to, gdzie kobiety mają rodzić – w szpitalu, pokoju narodzin, czy w domu – jest to, żeby w ogóle chciały rodzić. I to jest potężna inwestycja dla państwa, bo bez dzieci kraj i naród umiera. Powinniśmy na poważnie podejść do zmian kulturowych, ale też promować to, że posiadanie dzieci jest po prostu fajne. Skupmy się więc na tym, dlaczego te matki nie rodzą i dlaczego nie chcą zachodzić w ciążę w młodym wieku. Odległość od szpitala to naprawdę jest najmniejszy problem w całej tej sprawie.
Podsumowując, na czym należałoby się teraz skupić?
Rozmawiajmy o tym, czy da się zwiększyć liczbę zespołów ratownictwa medycznego, poprawić transport medyczny, pomyśleć o lądowiskach dla śmigłowców, które mogłyby przewozić ciężarną. I rozumiem też, że ciężarna w śmigłowcu to bardzo trudny przypadek. Szukajmy jednak rozwiązań, które zagwarantują bezpieczeństwo po przybyciu do odpowiedniego ośrodka. Bo mówienie, że posiadamy pokoik narodzin, to nie jest sto procent bezpieczeństwa. I kieruję to także do krytyków, którzy twierdzą, że lepiej utrzymać porodówkę, gdzie odbywa się pięćdziesiąt czy sto porodów. Nie, to nie będzie lepsze. To też iluzja bezpieczeństwa. Różnica jest taka, że w pierwszym przypadku mamy iluzję tańszą, a w drugim dużo droższą. Szukajmy więc rozwiązań realnych i mówmy ludziom prawdę. Po prostu bądźmy uczciwi.









