https://stronazdrowia.pl
reklama

Rak piersi zaczyna się w ciele, ale największą walkę toczymy w głowie

Barbara Wesoła
„Choroba może mnie ściąć, ale jeszcze bardziej mogą mnie ściąć moje własne myśli”.
„Choroba może mnie ściąć, ale jeszcze bardziej mogą mnie ściąć moje własne myśli”. fot. 123rf/Polska Press
Każdego dnia średnio w Polsce około 65 kobiet słyszy diagnozę: rak piersi. Dla większości z nich to moment paraliżu, utraty poczucia bezpieczeństwa i myśli, że „to nie może dziać się naprawdę”. O swojej drodze przez chorobę i odnajdywaniu w niej sensu opowiada Monika Myśliwiec, instruktorka biegania i trenerka mentalna wspierająca m.in. kobiety na etapie diagnostyki onkologicznej.

Spis treści

Zdrowy styl życia nie jest gwarancją

Przed chorobą żyłaś bardzo intensywnie i zdrowo, bo sport był dużą częścią Twojej codzienności. Często powtarzamy „w zdrowym ciele zdrowy duch”, a tymczasem choroba przyszła mimo zdrowego stylu życia.

Prowadziłam bardzo aktywny tryb życia. Pracowałam jako inżynierka produkcji, byłam aktywną mamą, prowadziłam dom, byłam bardzo blisko sportu — jako instruktorką biegania, ale też grałam w siatkówkę, właściwie każdy dzień był intensywny od rana do wieczora. Czerpałam z życia pełnymi garściami.

Paradoksalnie właśnie ta aktywność bardzo mnie uśpiła. Czułam się silna, sprawna, zdrowa. Miałam wtedy 33 lata, więc tym bardziej wydawało mi się, że rak mnie kompletnie nie dotyczy. Statystyki mówią przecież, że zdecydowana większość przypadków dotyczy kobiet po 50 roku życia i później. Nawet nie dopuszczałam więc takiej myśli. Dlatego diagnoza była dla mnie całkowitym zatrzymaniem. Uważam, że nie ma silnych na usłyszenie czegoś takiego — to zawsze wywołuje ogromne emocje.

Dodatkowo w tym samym czasie mój młodszy syn przechodził bardzo trudną diagnostykę genetyczną. Ta kumulacja wszystkiego sprawiła, że psychicznie i fizycznie mnie to rozłożyło. Leżałam w łóżku i patrzyłam w sufit, słysząc, jak obok toczy się życie — dzieci, mąż, codzienność. I w pewnym momencie dotarło do mnie, że muszę pomóc sobie, żeby móc pomóc innym — mojej rodzinie, dzieciom, a w przyszłości także innym kobietom. Choroba mnie zatrzymała i zmusiła do refleksji nad tym, jak chcę żyć i co jest dla mnie naprawdę ważne.

Od wyparcia przez lęk do rzeczywistości

Jak wyglądała Twoja diagnoza? Czy coś Cię wcześniej zaniepokoiło?

Sama wyczułam zmianę w piersi, ale zupełnie wokół tego nie panikowałam. W ogóle nie dopuszczałam myśli, że mógłby to być nowotwór. Dlatego na wizycie kontrolnej u ginekologa, sześć tygodni po porodzie, niczego nie zgłaszałam. Pomyślałam, że jeśli to będzie coś poważnego, lekarz sam to zauważy.

Dalsza część materiału pod wideo
emisja bez ograniczeń wiekowych
Wideo

Na szczęście doktor Mirosław Biela, który mnie prowadził, zbadał mi piersi na kontroli po połogu, chociaż wiem, że nie we wszystkich gabinetach jest to standard. Początkowo zasugerował, że mogą to być jeszcze zatkane kanaliki mlekowe związane z okresem poporodowym i zalecił obserwację oraz rozmasowywanie.

Gdy mimo tych zaleceń zmiana nie zniknęła, dostałam skierowanie na USG. Tam z kolei zostałam uspokojona, że to najpewniej nic groźnego. Właśnie dlatego zdecydowałam się iść standardową ścieżką NFZ — półtora miesiąca czekałam na wizytę, kolejne sześć tygodni na biopsję, a potem trzy tygodnie na wynik. Z perspektywy czasu wiem, że to był bardzo długi okres niepewności. I dziś zdecydowałabym się na szybką ścieżkę, dzięki karcie DiLO. Można wtedy skrócić czas od diagnozy do rozpoczęcia terapii.

Pamiętasz moment, kiedy byłaś przed biopsją? Co wtedy działo się w Twojej głowie?

Tak, bardzo dobrze. Choć podpisałam wszystkie zgody, weszłam do gabinetu i powiedziałam lekarzowi, że jednak tej biopsji nie zrobię. Przed badaniem naczytałam się w internecie, że przez tydzień nie będę mogła trenować, a sport był dla mnie absolutnie nie do ruszenia. Powiedziałam wprost, że za dwie godziny mam trening.

Dziś brzmi to absurdalnie, ale wtedy to była moja rzeczywistość. Ponownie trafiłam na bardzo mądrego i uważnego lekarza — doktora Grzegorza Zalińskiego. Zamiast naciskać czy straszyć, spokojnie zapytał, czego się boję. Wyjaśnił mi, że większość informacji z internetu to mity, że tego dnia warto trochę odpuścić, ale następnego dnia mogę normalnie wrócić do aktywności. Zostałam i wiem, że to była jedna z najważniejszych decyzji na całej tej drodze, bo postawiłam na działanie, a nie odwlekanie.

Jak wyglądała terapia?

U mnie konieczna była operacja. Po niej byłam przez chwilę przekonana, że najgorsze już za mną. Tymczasem tego samego wieczoru dostałam krwotoku wewnętrznego i następnego dnia musiałam przejść reoperację. To był moment, w którym całkowicie straciłam poczucie kontroli i bezpieczeństwa.

Dopiero wtedy naprawdę poczułam, co to znaczy nie mieć sił. Wcześniej wydawało mi się, że wiem, czym jest zmęczenie — praca, dzieci, obowiązki. Każda kobieta to przechodzi. Jednak to było coś zupełnie innego. Brak sił i wyczerpanie, które po portu obezwładnia.

Potrzebowałam czasu dla siebie, akceptacji i wyciągnięcia z tego całego doświadczenia większego sensu.

I dziś jako trenerka mentalna wspierasz m.in. kobiety w trakcie diagnostyki onkologicznej. Z czym mierzą się najbardziej na początku tej drogi?

Pierwszy moment to paraliż. Jakby ktoś uderzył łopatą w głowę. Wiele kobiet nie słyszy, co mówi lekarz. Pojawia się wyparcie i myśl, że to niemożliwe. Sama przez pierwsze tygodnie nie potrafiłam wypowiedzieć słowa „rak” — ono po prostu nie przechodziło mi przez gardło.

Większość kobiet zaczyna od lęku i przekonania, że to koniec, że może umrzeć - skupiając się na tym. Dopiero z czasem, kiedy zaczynamy oswajać lęk i porządkować wiedzę, pojawia się inne myślenie: „dobra, leczymy”. Chciałabym, abyśmy pamiętali, że rak piersi nie jest dziś traktowany wyłącznie jako choroba śmiertelna, ale jako choroba przewlekła — trudna, wymagająca, ale możliwa do leczenia.

Rodzina. „Czasem jedynym zadaniem jest po prostu być”

Jaką rolę w tym wszystkim odgrywają bliscy?

Ogromną. Czasem jedynym zadaniem bliskiej osoby jest po prostu być. Pojechać na wizytę, wysłuchać lekarza, zapamiętać informacje, których pacjentka w emocjach nie jest w stanie przyswoić. Ważne jednak, żeby ta osoba sama nie wpadała w panikę — bo wtedy zamiast wsparcia pojawia się dodatkowy ciężar.

Często bliscy przeżywają chorobę nawet mocniej niż sama pacjentka. Czasem jedynym zadaniem jest po prostu być obok — bez złotych rad i bez dramatyzowania.

Czy kobietom w chorobie łatwo prosić o pomoc?

Zdecydowanie nie. My, kobiety, bardzo często jesteśmy fajterkami, siłaczkami. Jesteśmy nauczone, że wszystko ogarniamy same, wszystko dźwigamy na własnych barkach. Choroba wymaga zupełnie innej postawy — trzeba oduczyć się być Zosią Samosią.

Pozwolić sobie wejść w rolę pacjentki — zarówno u lekarza, jak i w domu. Dać sobie pomóc, stawiać granice i uczyć się komunikacji. Czasem trzeba powiedzieć bliskim wprost, czego się potrzebuje, a czego nie.

Jedna z moich klientek musiała bardzo jasno postawić granice swojej mamie. Mama — jak to mama — strasznie się zamartwiała, przeżywała wszystko, dzwoniła, kontrolowała. Tylko że to jej zamartwianie wcale nie pomagało. W pewnym momencie klientka powiedziała: „Mamo, teraz potrzebuję, żebyś to Ty mnie stawiała na nogi. Twoje zamartwianie sprawia, że ja jeszcze muszę ratować Ciebie”. To była bardzo trudna rozmowa, ale zadziałała. I to jest ogromna lekcja dla wielu kobiet.

Znaleźć w tym własny sens

Jak zmierzyć się z niezrozumieniem, dlaczego dotyka nas choroba?

Warto pracować z nastawieniem i szukaniem sensu. Ok. Stało się. Co z tym mogę zrobić? Zamiast pytać z pozycji żalu: „dlaczego mnie to spotkało?”. Znajdźmy w tym doświadczeniu swoje własnego „dlaczego”, głębszy sens. Mnie choroba zatrzymała, zmusiła do refleksji i przewartościowania życia. Zrozumiałam, że pędziłam i że potrzebowałam tego zatrzymania. Poczułam też, że przyszła do mnie po to, abym mogła pomagać innym.

To zatrzymanie bardzo naturalnie skierowało mnie w stronę pracy z drugim człowiekiem. Trening mentalny nie pojawił się w moim życiu przypadkiem. Już wcześniej interesowałam się rozwojem osobistym, ale dopiero choroba sprawiła, że zaczęłam naprawdę zadawać sobie pytania o sens, wartości i o to, co jest dla mnie ważne. Jak jeszcze lepiej żyć w zgodzie ze sobą, osiągać cele dla mnie ważne.

Dziś, pracując z kobietami, staram się je przekierowywać właśnie w tę stronę — nie strachu, ale sensu. Każda z nas musi znaleźć swoje „dlaczego”, coś, co da jej siłę, by przez to przejść. I zamiast zamartwiać się — działać.

Współpracuję ze Stowarzyszeniem Amazonek w Brzeszczach oraz z fundacją FemVita. To naturalna kontynuacja mojej drogi.

Jaką radę dałabyś sobie samej z dnia diagnozy?

Powiedziałabym, że to się leczy, aby nie panikować. Ale także, aby nie szukać wiedzy na forach internetowych, tylko w rzetelnych źródłach. Choroba może mnie ściąć, ale jeszcze bardziej mogą mnie ściąć moje własne myśli. Dlatego nastawienie ma ogromne znaczenie — pacjentka nastawiona odpowiednio po prostu lepiej przechodzi leczenie.

Dziękuję za podzielenie się swoją historią.

Polecane oferty
* Najniższa cena z ostatnich 30 dniMateriały promocyjne partnera
Wróć na stronazdrowia.pl Strona Zdrowia