https://stronazdrowia.pl
reklama

Polacy robią sobie „tureckie zęby”. Stomatolog ujawnia, z jakimi powikłaniami trafiają do gabinetu

Katarzyna Wąś-Zaniuk
Określenie „tureckie zęby” nie jest nazwą procedury medycznej. To potoczny termin opisujący trend szybkich, masowych metamorfoz uśmiechu wykonywanych za granicą.
Określenie „tureckie zęby” nie jest nazwą procedury medycznej. To potoczny termin opisujący trend szybkich, masowych metamorfoz uśmiechu wykonywanych za granicą. fot. Getty Images / dr Ewa Abramowicz
"Tureckie zęby" podbijają media społecznościowe – piękny, biały uśmiech zrobiony błyskawicznie i za ułamek ceny w Polsce. Ale za entuzjastycznymi relacjami na Instagramie kryje się często zabieg bardziej inwazyjny niż pacjenci przypuszczają. O tym porozmawiałam z dr Ewą Abramowicz z Medicus Clinic.

Katarzyna Wąś-Zaniuk, Strona Zdrowia: Czym dokładnie są tzw. „tureckie zęby”?

Dr Ewa Abramowicz, lekarz stomatolog, lekarz medycyny estetycznej oraz kosmetolog: Określenie „tureckie zęby” nie jest nazwą procedury medycznej. To potoczny termin opisujący trend szybkich, masowych metamorfoz uśmiechu wykonywanych za granicą (najczęściej kojarzonych z Turcją), zwykle poprzez licówki lub – częściej – korony protetyczne zakładane na dużą liczbę zębów w krótkim czasie. W wariancie skrajnym chodzi o sytuacje, w których pacjent wraca z bardzo „jednolitym”, nienaturalnie białym uśmiechem, a w tle bywa nadmierna preparacja zdrowych zębów i ograniczona diagnostyka.

Określenie „tureckie zęby” nie jest nazwą procedury medycznej. To potoczny termin opisujący trend szybkich, masowych metamorfoz uśmiechu wykonywanych za granicą.
Określenie „tureckie zęby” nie jest nazwą procedury medycznej. To potoczny termin opisujący trend szybkich, masowych metamorfoz uśmiechu wykonywanych za granicą.
Getty Images / dr Ewa Abramowicz

Warto podkreślić jedno: leczenie za granicą samo w sobie nie jest błędem. Problemem nie jest „kraj”, tylko model działania: presja czasu, marketing „pakietów”, zbyt agresywne wskazania oraz brak pełnej kontroli funkcji zgryzu i dalszej opieki.

Z czego wynika popularność tego trendu wśród pacjentów?

Popularność wynika zwykle z połączenia kilku czynników: obietnicy natychmiastowego efektu, pozornie niższej ceny, silnej obecności w mediach społecznościowych oraz narracji „metamorfozy w tydzień”. Pacjenci często nie dostają jasnej informacji, że licówka to nie zawsze licówka, a „Hollywood smile” bywa w praktyce pełnym pokryciem koronami, które wymaga znacznie większej ingerencji w ząb. W ostrzeżeniach organizacji stomatologicznych podkreśla się, że ryzyko rośnie, gdy leczenie jest bardziej inwazyjne, niż wymaga tego stan kliniczny.

Jak bardzo „agresywne” jest przygotowanie zębów w tego typu zabiegach?

To zależy od tego, co realnie jest wykonywane. Minimalnie inwazyjne licówki w prawidłowych wskazaniach mogą wymagać niewielkiej, kontrolowanej preparacji szkliwa lub, w wybranych sytuacjach, mogą być wykonywane z preparacją minimalną.

Dalsza część materiału pod wideo
emisja bez ograniczeń wiekowych
Wideo

Natomiast w trendzie „tureckich zębów” często problemem jest to, że pacjent zamiast licówek dostaje korony na wielu zębach, a to wiąże się z istotnie większym oszlifowaniem tkanek twardych zęba (enamel/dentin), co jest nieodwracalne i zwiększa ryzyko powikłań biologicznych. Z perspektywy nowoczesnej stomatologii estetycznej standardem powinno być podejście: najpierw diagnostyka, potem plan, a na końcu wybór najmniej inwazyjnej metody, która daje stabilny efekt.

Jakie najczęstsze powikłania obserwuje pani u pacjentów po leczeniu wykonanym w Turcji?

Najczęściej nie są to „spektakularne historie”, tylko powtarzalny zestaw problemów klinicznych, które pojawiają się tygodnie lub miesiące po powrocie:

  • nadwrażliwość i ból po nadmiernej preparacji, czasem z koniecznością leczenia endodontycznego,

  • stan zapalny dziąseł, krwawienie, obrzęk – często w związku z nieszczelnością brzeżną, przewieszeniami i trudną higieną,

  • problemy z zgryzem: „coś nie pasuje”, przeciążenia, pękanie ceramiki, dolegliwości mięśniowe,

  • komplikacje estetyczne i biologiczne: nienaturalna przezierność/kolor, recesje, odsłanianie brzegów, nieprawidłowy profil wyłaniania,

  • brak realnej opieki posprzedażowej i trudność w korektach po powrocie.

To spójne z tym, co podkreślają organizacje zajmujące się zdrowiem jamy ustnej: ryzyko rośnie, gdy leczenie jest zbyt agresywne i gdy brakuje kontroli i kontynuacji opieki.

Jakie konsekwencje dla zgryzu i stawów skroniowo-żuchwowych mogą mieć źle wykonane licówki lub korony?

Jeżeli odbudowy protetyczne są wykonane bez prawidłowej analizy zwarcia i prowadzeń, mogą zmienić „mapę kontaktów” zgryzowych. A to może skutkować przeciążeniami zębów, mięśni i stawów skroniowo-żuchwowych, prowadząc do bólu, trzasków, ograniczenia ruchu, napięć mięśniowych czy bólów głowy.

Literatura naukowa opisuje, że nieprawidłowa okluzja i interferencje mogą sprzyjać zaburzeniom funkcji i bólowi w obrębie układu stomatognatycznego. W praktyce klinicznej po 50. roku życia znaczenie ma też to, że tkanki mają inne warunki biologiczne, częściej występują starty zębów, braki, parafunkcje i „kompensacje”, więc każdy błąd w okluzji może szybciej dać objawy.

Dlaczego środowisko stomatologiczne w Polsce tak krytycznie ocenia ten trend?

Krytyka dotyczy przede wszystkim modelu leczenia, a nie samej stomatologii estetycznej. Trend „tureckich zębów” bywa utożsamiany z podejściem: „jak najszybciej, jak najwięcej zębów, jeden schemat dla wszystkich”. Tymczasem współczesna stomatologia odchodzi od schematów na rzecz:

  • pełnej diagnostyki (CBCT, skany, zdjęcia protokołowe),

  • planowania 3D i projektowania uśmiechu,

  • oceny funkcji i stawu skroniowo-żuchwowego,

  • minimalnej inwazyjności,

  • kontroli jakości i długofalowych przeglądów.

W British Dental Journal „Turkey teeth” opisuje się właśnie jako zjawisko szybkiej, rozległej stomatologii estetycznej powiązanej z turystyką medyczną, co budzi obawy o nadmierną inwazyjność i opiekę następczą.

Jak dużą rolę w popularyzacji trendu odgrywają media społecznościowe i influencerzy?

Ogromną. Media społecznościowe promują efekt natychmiastowy, „przed i po”, a algorytmy premiują ekstremalne metamorfozy. Problem w tym, że wideo nie pokazuje diagnostyki, funkcji, jakości brzegów, zdrowia przyzębia ani tego, co dzieje się po roku czy dwóch. Dlatego w mojej ocenie rośnie rola edukacji: pacjent ma prawo do estetyki, ale powinien wiedzieć, że estetyka bez funkcji i biologii jest krótkotrwała.

Jak wygląda nowoczesna alternatywa: mniej inwazyjnie, bardziej przewidywalnie?

W Medicus Clinic w Słupsku pracujemy w modelu, w którym estetyka wynika z funkcji i diagnostyki. W praktyce oznacza to: skanowanie, obrazowanie 3D tam, gdzie jest wskazane, projektowanie uśmiechu, analiza zwarcia i plan etapowy. To podejście jest też fundamentem programu DentaLift – gdzie „ładny uśmiech” nie jest celem samym w sobie, tylko elementem harmonii twarzy, zgryzu i tkanek. Nie dlatego, że brzmi to dobrze marketingowo, ale dlatego, że tak wygląda współczesna stomatologia, jeśli ma być przewidywalna i długoterminowo bezpieczna.

Dziękuję bardzo za rozmowę!

Polecjaka Google News - Strona Zdrowia
Polecane oferty
* Najniższa cena z ostatnich 30 dniMateriały promocyjne partnera
Wróć na stronazdrowia.pl Strona Zdrowia