Katarzyna Wąś-Zaniuk, Strona Zdrowia: Czym dokładnie są tzw. „tureckie zęby”?
Dr Ewa Abramowicz, lekarz stomatolog, lekarz medycyny estetycznej oraz kosmetolog: Określenie „tureckie zęby” nie jest nazwą procedury medycznej. To potoczny termin opisujący trend szybkich, masowych metamorfoz uśmiechu wykonywanych za granicą (najczęściej kojarzonych z Turcją), zwykle poprzez licówki lub – częściej – korony protetyczne zakładane na dużą liczbę zębów w krótkim czasie. W wariancie skrajnym chodzi o sytuacje, w których pacjent wraca z bardzo „jednolitym”, nienaturalnie białym uśmiechem, a w tle bywa nadmierna preparacja zdrowych zębów i ograniczona diagnostyka.

Warto podkreślić jedno: leczenie za granicą samo w sobie nie jest błędem. Problemem nie jest „kraj”, tylko model działania: presja czasu, marketing „pakietów”, zbyt agresywne wskazania oraz brak pełnej kontroli funkcji zgryzu i dalszej opieki.
Z czego wynika popularność tego trendu wśród pacjentów?
Popularność wynika zwykle z połączenia kilku czynników: obietnicy natychmiastowego efektu, pozornie niższej ceny, silnej obecności w mediach społecznościowych oraz narracji „metamorfozy w tydzień”. Pacjenci często nie dostają jasnej informacji, że licówka to nie zawsze licówka, a „Hollywood smile” bywa w praktyce pełnym pokryciem koronami, które wymaga znacznie większej ingerencji w ząb. W ostrzeżeniach organizacji stomatologicznych podkreśla się, że ryzyko rośnie, gdy leczenie jest bardziej inwazyjne, niż wymaga tego stan kliniczny.
Jak bardzo „agresywne” jest przygotowanie zębów w tego typu zabiegach?
To zależy od tego, co realnie jest wykonywane. Minimalnie inwazyjne licówki w prawidłowych wskazaniach mogą wymagać niewielkiej, kontrolowanej preparacji szkliwa lub, w wybranych sytuacjach, mogą być wykonywane z preparacją minimalną.
Natomiast w trendzie „tureckich zębów” często problemem jest to, że pacjent zamiast licówek dostaje korony na wielu zębach, a to wiąże się z istotnie większym oszlifowaniem tkanek twardych zęba (enamel/dentin), co jest nieodwracalne i zwiększa ryzyko powikłań biologicznych. Z perspektywy nowoczesnej stomatologii estetycznej standardem powinno być podejście: najpierw diagnostyka, potem plan, a na końcu wybór najmniej inwazyjnej metody, która daje stabilny efekt.
Jakie najczęstsze powikłania obserwuje pani u pacjentów po leczeniu wykonanym w Turcji?
Najczęściej nie są to „spektakularne historie”, tylko powtarzalny zestaw problemów klinicznych, które pojawiają się tygodnie lub miesiące po powrocie:
nadwrażliwość i ból po nadmiernej preparacji, czasem z koniecznością leczenia endodontycznego,
stan zapalny dziąseł, krwawienie, obrzęk – często w związku z nieszczelnością brzeżną, przewieszeniami i trudną higieną,
problemy z zgryzem: „coś nie pasuje”, przeciążenia, pękanie ceramiki, dolegliwości mięśniowe,
komplikacje estetyczne i biologiczne: nienaturalna przezierność/kolor, recesje, odsłanianie brzegów, nieprawidłowy profil wyłaniania,
brak realnej opieki posprzedażowej i trudność w korektach po powrocie.
To spójne z tym, co podkreślają organizacje zajmujące się zdrowiem jamy ustnej: ryzyko rośnie, gdy leczenie jest zbyt agresywne i gdy brakuje kontroli i kontynuacji opieki.
Jakie konsekwencje dla zgryzu i stawów skroniowo-żuchwowych mogą mieć źle wykonane licówki lub korony?
Jeżeli odbudowy protetyczne są wykonane bez prawidłowej analizy zwarcia i prowadzeń, mogą zmienić „mapę kontaktów” zgryzowych. A to może skutkować przeciążeniami zębów, mięśni i stawów skroniowo-żuchwowych, prowadząc do bólu, trzasków, ograniczenia ruchu, napięć mięśniowych czy bólów głowy.
Literatura naukowa opisuje, że nieprawidłowa okluzja i interferencje mogą sprzyjać zaburzeniom funkcji i bólowi w obrębie układu stomatognatycznego. W praktyce klinicznej po 50. roku życia znaczenie ma też to, że tkanki mają inne warunki biologiczne, częściej występują starty zębów, braki, parafunkcje i „kompensacje”, więc każdy błąd w okluzji może szybciej dać objawy.
Dlaczego środowisko stomatologiczne w Polsce tak krytycznie ocenia ten trend?
Krytyka dotyczy przede wszystkim modelu leczenia, a nie samej stomatologii estetycznej. Trend „tureckich zębów” bywa utożsamiany z podejściem: „jak najszybciej, jak najwięcej zębów, jeden schemat dla wszystkich”. Tymczasem współczesna stomatologia odchodzi od schematów na rzecz:
pełnej diagnostyki (CBCT, skany, zdjęcia protokołowe),
planowania 3D i projektowania uśmiechu,
oceny funkcji i stawu skroniowo-żuchwowego,
minimalnej inwazyjności,
kontroli jakości i długofalowych przeglądów.
W British Dental Journal „Turkey teeth” opisuje się właśnie jako zjawisko szybkiej, rozległej stomatologii estetycznej powiązanej z turystyką medyczną, co budzi obawy o nadmierną inwazyjność i opiekę następczą.
Jak dużą rolę w popularyzacji trendu odgrywają media społecznościowe i influencerzy?
Ogromną. Media społecznościowe promują efekt natychmiastowy, „przed i po”, a algorytmy premiują ekstremalne metamorfozy. Problem w tym, że wideo nie pokazuje diagnostyki, funkcji, jakości brzegów, zdrowia przyzębia ani tego, co dzieje się po roku czy dwóch. Dlatego w mojej ocenie rośnie rola edukacji: pacjent ma prawo do estetyki, ale powinien wiedzieć, że estetyka bez funkcji i biologii jest krótkotrwała.
Jak wygląda nowoczesna alternatywa: mniej inwazyjnie, bardziej przewidywalnie?
W Medicus Clinic w Słupsku pracujemy w modelu, w którym estetyka wynika z funkcji i diagnostyki. W praktyce oznacza to: skanowanie, obrazowanie 3D tam, gdzie jest wskazane, projektowanie uśmiechu, analiza zwarcia i plan etapowy. To podejście jest też fundamentem programu DentaLift – gdzie „ładny uśmiech” nie jest celem samym w sobie, tylko elementem harmonii twarzy, zgryzu i tkanek. Nie dlatego, że brzmi to dobrze marketingowo, ale dlatego, że tak wygląda współczesna stomatologia, jeśli ma być przewidywalna i długoterminowo bezpieczna.
Dziękuję bardzo za rozmowę!







