https://stronazdrowia.pl
reklama

Pacjenci płacą podwójnie i czekają miesiącami. Lekarze zarabiają na prowizjach. Co poszło nie tak w publicznej ochronie zdrowia?

Barbara Wesoła
Publiczny system ochrony zdrowia coraz częściej nie nadąża za potrzebami pacjentów.
Publiczny system ochrony zdrowia coraz częściej nie nadąża za potrzebami pacjentów. fot. 123rf
Publiczna ochrona zdrowia w Polsce od lat znajduje się pod rosnącą presją. System, który miał zapewniać powszechny i równy dostęp do leczenia, coraz częściej staje się źródłem frustracji, zarówno dla pacjentów, jak i dla samych placówek medycznych. Kolejki do specjalistów nie skracają się, dostępność świadczeń pozostaje ograniczona, a szpitale zamykają oddziały i funkcjonują na granicy wydolności. Gdzie leży problem? Czy chodzi tylko o pieniądze?

Spis treści

NFZ pod narastającą presją finansową

Narodowy Fundusz Zdrowia od lat zmaga się z coraz większym obciążeniem finansowym. Rosną koszty wynagrodzeń, drożeją świadczenia i technologie medyczne, a jednocześnie oczekiwania społeczne wobec publicznej ochrony zdrowia systematycznie nie są realizowane.

Lista problemów jest długa i wykracza poza te, które przychodzą jako pierwsze na myśl. Chroniczny brak środków inwestycyjnych, zadłużenie szpitali, presja płacowa i niewystarczające finansowanie procedur tworzą system naczyń połączonych, których konsekwencje odczuwają dwie strony: pacjenci oraz pracownicy ochrony zdrowia.

Skalę wyzwań widać też w budżecie. W 2026 r. dotacja z budżetu państwa dla NFZ ma wynieść 26 mld zł, przy czym luka w finansowaniu leczenia sięga ok. 23 mld zł. Już w 2025 r. rząd kilkukrotnie zasilał Fundusz dodatkowymi środkami – ostatecznie dotacja wzrosła do blisko 33 mld zł, choć pierwotnie planowano nieco ponad 18 mld zł.

To pokazuje, że system w coraz większym stopniu traci zdolność do samodzielnego finansowania się ze składek, a presja na ich wzrost będzie się nasilać.

W Polsce lekarz może dziś zarobić więcej niż w Emiratach

Jednym z kontrowersyjnych elementów obecnego modelu jest sposób wynagradzania lekarzy w sektorze publicznym. Coraz częściej ich dochody są bezpośrednio powiązane z liczbą i wyceną realizowanych procedur, a nie z czasem pracy czy kompleksowością opieki nad pacjentem.

Stało się coś, co jest niebywałe i kompletnie nielekarskie. Lekarze zaczęli być wynagradzani prowizyjnie – od procedur i od wyceny punktu. To mechanizm, który nie powinien mieć miejsca w tym zawodzie – komentuje prof. dr hab. Michał Zembala.

Taki model sprzyja konfliktowi interesów i przesuwa punkt ciężkości z realnych potrzeb zdrowotnych pacjenta na opłacalność konkretnych świadczeń.

Dalsza część materiału pod wideo
emisja bez ograniczeń wiekowych
Wideo

System wycen procedur przez lata był podatny też na wpływy polityczne. Profesor podkreśla, że analizując historię kolejnych ministrów zdrowia, można dostrzec, jak poszczególne specjalizacje były faworyzowane poprzez podnoszenie wycen wybranych procedur. Jego zdaniem to jeden z powodów, dla których funkcji ministra zdrowia nie powinien pełnić lekarz – nawet przy najlepszych intencjach trudno uniknąć wzmacniania własnego środowiska zawodowego.

Ten mechanizm doprowadził do znacznych dysproporcji w zarobkach lekarzy oraz do trwałego zaburzenia równowagi finansowej systemu.

Zaczyna się głośno mówić o wzroście składki zdrowotnej, co spotka się z antypatią społeczną, co jest z kolei zrozumiałe, bo ludzie płacą składki, kolejki się nie skracają, a lekarze mają coraz lepiej. Myślę, że samo środowisko lekarskie jest tu sobie winne. Dochodzi do takich sytuacji, że pracując w Emiratach można zarobić mniej niż pracując w Polsce – zauważa profesor.

Szpitale na granicy wydolności

Według opinii Ogólnopolskiego Związku Pracodawców Szpitali Powiatowych (OZPSP) nawet 30 proc. szpitali może zostać zamkniętych. Z kolei zgodnie z cytowanymi przez Szpital Powiatowy ZZOZ w Czarnkowie danymi, w latach 2024–2025 zamknięto w Polsce 95 oddziałów, a 444 zawieszono.

Te decyzje dotyczyły niemal wszystkich specjalności: m.in. położnictwa i ginekologii, pediatrii, neurologii, chirurgii, kardiologii, anestezjologii i OIT. Główną przyczyną są braki kadrowe. W 321 na 539 przypadków dyrekcje wskazywały na brak personelu lub trudności w porozumieniu w sprawie wynagrodzeń. Lekarze, pielęgniarki i inne osoby pracujące w ochronie zdrowia odpływają do sektora prywatnego.

Dyrektorzy szpitali muszą wybierać między wyższymi wypłatami dla personelu a kupowaniem sprzętu, leków i inwestowanie w rozwój placówki. Według prof. Zembali nawet 80 proc. budżetu placówki bywało w poprzednim roku przeznaczane na wynagrodzenia personelu lekarskiego.

Jednym z przykładów, o których przed laty było głośno jest szpital wojewódzki w Częstochowie. Funkcjonowanie lekarzy w ramach spółki narzucającej minimalne poziomy wynagrodzeń, zabezpieczone sankcjami finansowymi, doprowadziło do tego, że zdecydowana większość budżetu placówki była konsumowana przez koszty osobowe.

Z perspektywy etycznej był to przykład wypaczenia idei publicznej ochrony zdrowia.

Pacjent płaci podwójnie i traci zaufanie

W całym tym układzie największe koszty ponosi pacjent. Składka zdrowotna jest odprowadzana regularnie, ale dostęp do świadczeń pozostaje ograniczony. Coraz więcej osób – nie mogąc doczekać się pomocy w publicznym systemie – kieruje się do sektora prywatnego, gdzie za jedną wizytę płaci nawet 700-1000 zł.

Frustrację pogłębiają długie kolejki do specjalistów. Dane z końca 2025 r. pokazują, że czas oczekiwania na wizytę finansowaną przez NFZ waha się od kilku tygodni do nawet kilkunastu miesięcy, w zależności od specjalizacji i regionu.

W przypadku laryngologa, okulisty czy ginekologa średni czas oczekiwania wynosi zwykle od 1 do 4 miesięcy. Znacznie gorzej wygląda sytuacja u psychiatry, ortopedy, kardiologa czy neurologa, gdzie kolejki często przekraczają 6 miesięcy, a nierzadko sięgają 8-12 miesięcy. Na wizytę u endokrynologa czy reumatologa pacjenci czekają często 200-300 dni.

Co istotne, są to wartości średnie. W praktyce w części placówek czas oczekiwania może być znacznie dłuższy – nawet dwa lata w niektórych regionach.

Prof. Zembala podkreśla, że w takiej sytuacji trudno dziwić się pacjentom, którzy tracą zaufanie do publicznego systemu. Płacą składkę zdrowotną, a jednocześnie zmuszeni są finansować leczenie z własnej kieszeni.

Kryzys etosu zawodu

W ocenie Zembali obecna sytuacja rodzi także pytania o zmianę motywacji młodych ludzi wybierających studia medyczne. Coraz częściej zawód lekarza postrzegany jest jako stabilny i dochodowy biznes, a nie jako medycyna, którą kiedyś znaliśmy. Mówi się nawet o sukcesjach prywatnych gabinetów.

Jednocześnie profesor zaznacza, że nie można uogólniać, bo w środowisku lekarskim, jak wszędzie są zarówno osoby kierujące się silnym etosem, jak i takie, które wykorzystują luki systemowe.

Jego zdaniem odpowiedzią nie powinno być dalsze zaostrzanie konfliktu, lecz uczciwa debata o mechanizmach, które doprowadziły do obecnego kryzysu i ich zmiana.

Polecane oferty
* Najniższa cena z ostatnich 30 dniMateriały promocyjne partnera
Wróć na stronazdrowia.pl Strona Zdrowia