Spis treści
Historie pacjentów pokazują skalę problemu
Punktem wyjścia do naszej rozmowy jest konkretna sytuacja pacjenta – odmowa wykonania prostych badań z powodu „nie tego” skierowania, bo wystawionego przez lekarza zatrudnionego w innej placówce, choć obie mają kontrakt z NFZ. To jednostkowy przypadek czy objaw systemu?
Anna Gołębicka: To absolutnie objaw systemowy. Nasz system jest skomplikowany. Działa w trzech segmentach (opieka podstawowa – POZ, ambulatoryjna opieka specjalistyczna – AOS i szpitalnictwo), a w ramach tych segmentów w dodatkowych grupach i podgrupach, które wprawdzie mają to samo logo płatnika, ale najczęściej się „nie widzą”. Można by rzec: każdy sobie rzepkę skrobie.
Jeśli skierowanie wystawił lekarz POZ, do którego pacjent jest zapisany, to ma być ono zrealizowane w ramach tego POZ. Jeśli chcemy gdzie indziej – trzeba się przepisać i przejść procedurę od początku. W AOS sytuacja też nie ułatwia pacjentowi życia, a podstawową determinantą są rozliczenia z płatnikiem. Diabeł tkwi w szczegółach – a tych szczegółów jest bardzo dużo.
Czyli problemem jest sposób finansowania podstawowej opieki zdrowotnej?
Tak. POZ funkcjonuje głównie w oparciu o stawkę kapitacyjną, z której trzeba pokryć wizyty, badania i całą obsługę pacjenta. W interesie finansowym placówki jest zrobić jak najmniej. To wypacza sens leczenia.
Stąd zjawisko, które nazywamy „leczeniem skierowaniem” – wypychanie pacjenta do specjalisty, żeby nie obciążał POZ-u. Dopóki pacjent nie będzie świadomie wybierał swojego lekarza rodzinnego, takie placówki będą się miały dobrze.
W efekcie pacjent krąży po systemie.
Dokładnie. Pacjent trafia do lekarza rodzinnego, potem do specjalisty, a NFZ płaci kilka razy za wizyty mające ten sam cel. A to dopiero początek, bo badania bardzo często są powielane – w POZ, u specjalisty i w szpitalu – nie zawsze z powodów klinicznych.
Dlaczego szpitale powtarzają badania, które pacjent już ma?
Brakuje zaufania do dokumentów, brakuje interoperacyjnego systemu. Wyniki są w formie elektronicznej, ale systemy się nie komunikują. Internetowe Konto Pacjenta pokazuje, że badanie było, ale nie pokazuje wyników. Lekarz woli zlecić wszystko od nowa, niż ryzykować.
Koszty, których nikt nie liczy
Oznacza to gigantyczne koszty.
Tak – i bezpośrednie, i pośrednie. Poprawa efektywności o kilka procent to już ogromne pieniądze. Przepalamy środki na dublowane badania, biurokrację, marnujemy czas lekarzy. Do tego pacjent jest na zwolnieniu, nie pracuje, angażuje rodzinę. My w ogóle nie umiemy tego liczyć.
Kolejnym wątkiem jest niestabilność finansowa placówek.
To jeden z największych absurdów. Płatnik tygodniami albo miesiącami nie płaci części zobowiązań. Szpitale i przychodnie biorą drogie kredyty obrotowe, żeby zapłacić za leki czy materiały.
Których świadczeń dotyczy najtrudniejsza sytuacja?
Nielimitowanych. Tam często nie ma nawet jasno określonego terminu płatności. To skrajne ryzyko prowadzenia działalności. Zwłaszcza dla szpitali powiatowych.
Lekarze w papierach zamiast przy pacjentach
Mówi pani także o marnowaniu umiejętności lekarzy.
Ogromnym. Biurokracja, brak organizacji. Lekarze wykonują masę czynności administracyjnych. Wypisują stosy dokumentów, biegają po leki, załatwiają pacjentom ZOL-e, czasem sprawy sądowe. To godziny pracy, które powinny być przeznaczone na leczenie.
Gdyby lekarz robił tylko to, co wymaga jego kompetencji, w niektórych miejscach zespoły mogłyby być nawet o połowę mniejsze. Tymczasem fatalnie zarządzamy tym kapitałem.
Dochodzi jeszcze chaos w wycenach i rozliczeniach.
Zawyżone lub skrajnie zaniżone wyceny, różne ceny punktu. Od kodowania procedur zależy wynik finansowy szpitala – stąd nowy zawód kodera medycznego.
A inflacja, koszty energii, płace?
Nie są automatycznie uwzględniane. Korekty są spóźnione, więc placówki ograniczają świadczenia. Stąd zapisy do niektórych specjalistów już na 2027 rok.
W tle mamy likwidację porodówek.
I znów chaos. Procedury są niedoszacowane, porodów jest za mało, więc oddziały przynoszą straty. Zawiesza się je bez planu zabezpieczenia pacjentek. To niebezpieczne.
Wymagana jest naprawa systemu
Czyli brakuje spojrzenia systemowego?
Zdecydowanie. Zacznijmy od potrzeb: demografii, epidemiologii, technologii. Złóżmy to z zasobami. A my tylko łatamy system pełen patologii. On jest chory i potrzebuje natychmiastowej, całościowej interwencji. Może nawet wyjścia z boksu i ułożenia wszystkiego od nowa.
Co z rolą lekarza rodzinnego?
To kluczowa postać, a dziś często triażer i wypisywacz skierowań. Od tego powinniśmy mieć elektroniczny triaż – pacjent wpisuje objawy, system kieruje dalej.
Pacjent gubi się w systemie.
Błąka się, stoi w kolejkach, traci zaufanie, frustruje się. Leczenie to współpraca oparta na zaufaniu – a to dziś druga, obok pieniędzy, część kryzysu.
„Dokładanie pieniędzy bez zmiany modelu pogłębia chorobę”
Co jest główną chorobą systemu?
Nie brak pieniędzy sam w sobie. To chaos, brak strategii i złe zarządzanie. Jak w chorobie przewlekłej – dokładanie pieniędzy bez zmiany modelu może tylko pogłębić uzależnienie od wadliwego systemu.
Jest pani wolnorynkowcem, ale mówi o solidarności.
Bo w ochronie zdrowia nie da się od niej uciec. Konkurencja może być na jakości, ale system musi być spójny i dostępny. Dziś to puzzle w pudełku, którym ktoś cały czas potrząsa.
Źródło: PAP








