https://stronazdrowia.pl
reklama

Prof. Michał Zembala najpierw stracił ojca, później syna. Próbowano wymazać jego zasługi i odebrać praktykę

Katarzyna Wąś-Zaniuk
fot. Ewa Miketa Fotografia
Prof. dr hab. n. med. Michał Zembala, wybitny polski kardiochirurg, w szczerej rozmowie ze Stroną Zdrowia ujawnia, jak wspomina pracę ze swoim ojcem, prof. Marianem Zembalą i okres po stracie syna: „Próbowano wielokrotnie podważyć moją reputację jako lekarza i człowieka, wymazać wcześniejsze zasługi i odebrać mi możliwość praktykowania medycyny transplantacyjnej, którą kochałem”.

Katarzyna Wąś-Zaniuk, Strona Zdrowia: W młodości ważne miejsce w pana życiu zajmowała muzyka. Chodził pan do szkoły muzycznej, grał na fortepianie, był pan także zafascynowany grą na gitarze. Jakie cechy charakteru i umiejętności ukształtowała w panu ta muzyczna droga? Które z nich okazały się szczególnie cenne w późniejszej pracy lekarza i kardiochirurga?

Prof. dr hab. n. med. Michał Zembala: Dziś coraz mocniej chcę wrócić do tej pasji, prawdziwego sposobu wyrażenia emocji, zrozumiałego dla wszystkich, bez wyjątku. Muzyka, prócz technicznej strony, niesie ze sobą ogromny przekaz. Inspirowany twórczością, muzycznym geniuszem twórców balansowałem między melancholią i samoalienacją Watersa, a przestrzenną wirtuozerią gitary Gilmoura. Czy coś z tego pomogło w drodze lekarza? Muzyka Floydów jest ze mną po dziś dzień, podobnie jak progressive house i jego arabskie odmiany.

Studia medyczne to była droga przez mękę czy może bułka z masłem? 

Raczej droga pod górkę. Nie męka, ale też nie bułka z masłem. Zawsze byłem typem odkrywcy, praktyka, człowieka uczącego się więcej z praktyki niż książki. Wkuwanie sztywnych reguł, rozpoznań i definicji przychodziło mi ciężko. Rozumowanie kliniczne, powiązanie przyczyny, objawów i sposobu leczenia z obrazem radiologicznym i hemodynamicznym niemal naturalnie. Stąd ciężko szły mi wszystkie zaliczenia testowe, a zdecydowanie lepiej ustne.

W latach 2018-2022 pełnił pan funkcję ordynatora Oddziału Kardiochirurgii, Transplantacji Serca i Płuc oraz Mechanicznego Wspomagania Krążenia w Śląskim Centrum Chorób Serca w Zabrzu. W tamtym czasie udało się osiągnąć rekordową liczbę przeszczepień serca w Polsce. Jakie działania i wprowadzone strategie zadecydowały o tym sukcesie?

Dalsza część materiału pod wideo
emisja bez ograniczeń wiekowych
Wideo

To był dobry czas. Wspominam te lata zarówno z nostalgią, jak i dumą. To czas, w którym nie tylko zanotowaliśmy imponujący wzrost wykonanych transplantacji serca, ale również spektakularną poprawę wyników leczenia zarówno w wymiarze wczesnym jak i odległym. Całość tej zmiany została przez nasz zespół szczegółowo opisana i opublikowana.

Jak wspomina pan pracę z własnym ojcem, profesorem Marianem Zembalą?

Praca z ojcem bywała trudna, zawsze jednak opierała się na szacunku i zrozumieniu, bo mimo wielu płaszczyzn niezgody jedna pozostawała zawsze zgodna – dobro chorego. Do tego w finale odwoływał się każdy spór do pytania „co byłoby najlepsze dla tego chorego czy dla tej chorej? Jakie rozwiązanie? Moje czy twoje?”. Ojciec był człowiekiem wymagającym, nieraz apodyktycznym, ale w głębi niezwykle dobrym, uczynnym, pozbawionym zawiści czy zazdrości, zawsze stającym po stronie słabszego.

W pracy kardiochirurga niewątpliwie zdarzają się sytuacje wymagające szybkiego reagowania i podejmowania trudnych decyzji. Czy może pan podzielić się historią najtrudniejszego zabiegu, w którym napotkał pan niespodziewane komplikacje lub trudności?

Rzeczywiście, kardiochirurgia, podobnie jak inne specjalności zabiegowe, wymaga szybkich decyzji. Szybkich I chciałoby się powiedzieć – zawsze trafnych. Chirurg myśli algorytmicznie: tak–nie. Każda z tych dwu ścieżek dzieli się na kolejne i kolejne. Za każdą decyzją stoi jednak odpowiedzialność, każda, przynajmniej w założeniu, jest elementem wcześniej podjętej strategii.

Tych trudnych zabiegów było sporo. Jednak w kardiochiurgii „najwyższego ryzyka” techniczne umiejętności chirurga są wtórne do umiejętności pracy zespołu anestezjologów, fizjoterapeutów, dietetyków i pielęgniarek. I paradoksalnie, nie tyle do technicznych umiejętności tegoż zespołu, co do osobistego i intelektualnego zaangażowania każdego z jego członków.

W tym tkwi zarówno piękno zawodu, jak i jego przekleństwo. W tej zależności od zaangażowania innych. W tym też tkwi największa trudność szefa kardiochirurgii – w stworzeniu koherentnego, spójnego, zaangażowanego zespołu, którego podstawą działania jest wspólne zaufanie.

Jakie przeciwwskazania medyczne mogą uniemożliwić przeprowadzenie przeszczepu serca?

Pierwszym podstawowym jest skrajnie ciężki stan chorego, który z uwagi na choroby dodatkowe lub stan ogólny, w zgodnej opinii specjalistów nie rokuje przeżycia. To trudna decyzja, którą zespół musi podjąć wspólnie.

Dalej, mówiąc już o tych książkowych, jest utrwalone nadciśnienie płucne, czyli stan, w którym na skutek choroby serca lub płuc doszło do tak istotnej przebudowy drobnych naczyń krwionośnych, że stanowią one wysoki opór dla tłoczącej doń krew prawej komory serca.

Trzecim – aktywna lub niedawno przebyta choroba nowotworowa lub układowa, która zgodnie z jej naturalną, znaną nam historią, w istotny sposób wpłynie na przeżycie chorego.

Kontrowersyjnym, i tutaj muszę się chwilę zastanowić, jest wiek chorego. Choć zawsze byłem przeciwnikiem stawiania tej bariery uznając ją za arbitralną, to jednak muszę się zgodzić, że starsi biorcy (powyżej 65 roku życia) przechodzili zabieg przeszczepienia gorzej, a ich rehabiltacja zwykle była długa, żmudna, obarczona ryzykiem niepowodzenia. Powodem nie jest wiek sam w sobie, a zaawansowanie chorób towarzyszących.

Czy w pracy kardiochirurga zetknął się pan z procedurami, które w innych krajach są dozwolone lub standardowe, a w Polsce nie można ich przeprowadzać?

Nie. Muszę przyznać, że kardiochirurgia polska jest na dobrym, europejskim poziomie jeśli chodzi o możliwości techniczne, wyposażenie sal operacyjnych, dostępność do technologii medycznych.

Czego brakuje? Otwartości w raportowaniu wyników, bo to zawsze rodzi podejrzenia, że coś jest zatajone. Tym czymś w medycynie zawsze pozostaje jakość. A dobra jakość zawsze się obroni.

Prowadzi pan własny kanał o nazwie „O sercu inaczej” na platformie YouTube. Czy jego głównym celem jest przede wszystkim edukacja pacjentów, czy również budowanie rozpoznawalności i docieranie do szerszego grona osób zainteresowanych konsultacją?

Program „O sercu inaczej” powstał przede wszystkim z potrzeby przekazania informacji choremu w sposób zrozumiały, przystępny i taki bardziej ludzki. Od zawsze uważałem, ze świadomy pacjent, znający istotę swojej choroby, sposoby jej leczenia, możliwe powikłania i rokowanie, to najlepszy pacjent z jakim lekarz ma przywilej rozmawiać.

Już sam fakt, że tak świadomy pacjent wybiera właśnie takiego, a nie innego lekarza jest wyróżnieniem. Taki chory czy chora ma zupełnie inne oczekiwania, zupełnie inną świadomość choroby, co sprawia, że podnosi poziom rozmowy z lekarzem na zupełnie inny poziom, zarówno zaufania jak i wiedzy.

1 września 2025 roku objął Pan funkcję Kliniki Kardiochirurgii Wojskowego Instytutu Medycznego - Państwowego Instytutu Badawczego z jasno zdefiniowanym planem rozwojowym, obejmującym m.in. integrację działalności klinicznej i naukowo-badawczej oraz rozwój nowoczesnych technologii, takich jak TAVI, TEER czy kardiochirurgia robotyczna. Jakie zadania ma pan do wykonania w najbliższych miesiącach? Proszę o nich nieco więcej opowiedzieć. 

To prawda. Dziękuję panu generałowi, profesorowi Gielerakowi za zaufanie, ale i za odważną wizję rozwoju medycyny sercowo-naczyniowej w szpitalu na Szaserów. Kardiochiurugia współczesna jest sztuką mocnego współdziałania z interwencyjną kardiologią, której rozwój po wielokroć wyprzedził już dynamikę innowacji w kardiochirurgii. Stąd i nakreślona strategia rozwoju Kliniki Kardiochirurgii WIM, jako ośrodka specjalizującego się w chirurgii małoinwazyjnej, precyzyjej, endoskopowej, endowaskularnej i robotycznej.

Chcemy leczyć nowocześnie ale przede wszystkim bezpiecznie, z troską o chorego. Działalność naukowo-badawcza rozpoczęła się jeszcze w ubiegłym roku wraz z uruchomieniem pierwszego badania klinicznego. Zaraz później udział w międzynarodowym rejestrze. W przygotowaniu kolejne projekty.

Przygotowując się do wywiadu, rozmawiałam lekarkami pracującymi w szpitalach. Zapytałam, czy kiedykolwiek spotkały się z zachowaniami seksistowskimi, dyskryminacją ze względu na płeć lub lekceważeniem ze strony kolegów, lekarzy. Odpowiedzi były twierdzące. Okazuje się, że podteksty seksualne czy zadawanie pytań w stylu: „po co kobieta pcha się na męską specjalizację?”, to wciąż chleb powszedni w wielu polskich placówkach medycznych. Proszę powiedzieć, jaka byłaby pana reakcja, gdyby do podobnych incydentów doszło na terenie kierowanej przez pana placówki?

Siłą zespołu, prócz kompetencji jego członków, jest ich różnorodność. W moim zespole pracują z równym zaangażowaniem kobiety, mężczyźni, osoby homoseksualne jak i neuronienormatywne, o różnych poglądach politycznych i religijnych. Ważnym jest, by grupa nauczyła się dostrzegać w tym wartość – dobro.

Jeden incydent tego typu zasługuje na stanowcze zwrócenie uwagi i indywidualną rozmowę, bo ona jest podstawą zrozumienia postaw i zachowań. Ponowne zdarzenie uznałbym za niedopuszczalne i wymagające stosownych kroków dyscyplinarnych.

Wielu pacjentów oceniło pana na Znanym Lekarzu jako bardzo empatycznego. Do czego potrzebna jest empatia w pracy lekarza?

Empatia, rozumiana jako umiejętność odczuwania i współprzeżywania emocji czy spojrzenia drugiego człowieka powinna być fundamentem pracy lekarza, którego misją – zadaniem jest nieść pomoc bliźniemu. Nie sposób leczyć nie umiejąc choć na moment spojrzeć oczami leczonego. Nie mówię o nadmiernym, nieraz paraliżującym współprzeżywaniu choroby, a o umiejętności patrzenia na problem z perspektywy chorego. Do zrozumienia jego czy jej lęków, obaw, niepewności i umiejętnym ich zarządzaniem.

archiwum prywatne prof. Michała Zembali

Jest pan człowiekiem, który próbował wyciągnąć własne dziecko z uzależnienia. Co pomogło panu przetrwać najtrudniejsze momenty po śmierci syna, Mateusza? 

Ostatnie trzy lata były dla mnie wyjątkowo trudne. Po stracie ojca próbowano wielokrotnie podważyć moją reputację jako lekarza i człowieka, wymazać wcześniejsze zasługi i odebrać mi możliwość praktykowania medycyny transplantacyjnej, którą kochałem. Tragedia mojego syna była jak kamień, który przygniótł trzymające się krawędzi palce.

Jestem katolikiem, ale bliska jest mi także symbolika obecna w innych religiach. Opowieść o drodze, na której człowiek upada pod ciężarem życia, a mimo to wstaje i idzie dalej, czasem z pomocą nieznajomego, czasem dzięki bliskim, stała się dla mnie ważnym punktem odniesienia.

Przetrwałem, bo wierzę w głęboki sens drogi – tego ciągłego wstawania. Nie w jej męczeństwo, lecz w nagrodę życia ponad czasem z tymi, którzy odeszli. To poczucie łączności z ojcem i synem, wsparte miłością mojej rodziny, jest ogromną siłą.

Gdyby nie medycyna, w jakiej innej dziedzinie mógłby się pan odnaleźć? 

Dopiero zaczynam się odnajdywać, w miejscach i rolach, które są obok medycyny, gdzie transparentność i prawość mają inny wymiar. Dostałem kiedyś książkę Katarzyny Woźniak pt. „Następny”. Pisze ona we wstępie, że „by być dobrym lekarzem trzeba być albo Judymem albo Ch*jem”.

Przeczytałem to zdanie i odłożyłem lekturę kwestionując swoją postawę „dobrego lekarza”. Bo jeśli nim jestem, to do której grupy należę? A jeśli nie, to do której kategorii czy postawy chciałbym aspirować by nim być?

Judymowa, bliższa mojej filozofii, choć piękna, stała się dziś synonimem nieporadności. Druga – jest dla mnie nieakceptowalna. Jak więc być „dobrym”?

Polecjaka Google News - Strona Zdrowia
Polecane oferty
* Najniższa cena z ostatnich 30 dniMateriały promocyjne partnera
Wróć na stronazdrowia.pl Strona Zdrowia